Dziś był dluuuugi dzień – lot o 6 rano do puerto princessa (palawan) czytaj trzeba wstać o 3:30 i o 4 być na lotnisku. Potem jak to Maciek określił „organizacja życia na resztę wyjazdu” – gotówka, pozwolenie na wejście do podziemnej rzeki, pieluchy i takie tam ;) następnie przejazd lokalnym busem do sabang. No dobra nie takim lokalnym chickenbus (jednak jesteśmy cykory – przyznajemy się bez bicia stchorzylismy), ale… po jeździe vanem bez klimatyzacji otwartym oknem (minimalnie bo bardziej się nie dało) mamy wrażenie ze jazda chicken busem mogłaby być jednak bardziej komfortowa – tam po prostu nie ma okien wiec przewiew jest odpowiedni ;)
Jednak po dotarciu na miejsce czekała na nas nagroda – piękny widok na morze i super hostel! Palawan jest najdalej wysunięta wyspa Filipin patrząc na zachód i dalej jest już Wietnam. Także fale maja się gdzie rozpędzić a wiatr rozwiać. Dzięki temu jedliśmy obiad na plazy z taka bryza od morza ze nie trzeba było dmuchać na potrawy a włosy naturalnie układały się w styl na Draco Malfoja z harrego Pottera ;p
Hostel to chatki położone w pięknym ogrodzie. Można sie tu poczuć jak w szuminie tylko tropikalnym :) Na kolacji spotkaliśmy Polska pare – Krzysztofa i Iwonę którzy będą podróżować po Filipinach przez 60 dni! Są na emeryturze, w sezonie letnim prowadzą agroturystykę na Mazurach a zimy spędzają w ciepłych krajach. Jeżeli dodam ze Krzysztof był radca prawnym to możecie się domyślać jak chciałabym spędzać emeryturę – jako papuga moge spapugowac ten model (trzymajcie kciuki;)
Dodaj komentarz